• DartsPL

Australia rządzi darterskim światem!

Australia po raz pierwszy w historii sięgnęła po zwycięstwo w turnieju World Cup of Darts! Simon Whitlock i Damon Heta, dzięki kapitalnej dyspozycji w finałowej sesji rozgrywek, ograli Anglię i Walię i poprowadzili swoją drużynę do końcowego triumfu. Polacy odpadli w drugiej rundzie po przegranej z Belgami.

Przez długi czas tegoroczne World Cup of Darts nie dostarczało nam żadnych niespodzianek. W ćwierćfinałach zameldował się komplet drużyn rozstawionych i wiele wskazywało, że o tytuł powalczą kraje, które w przeszłości sięgały już po tytuł Drużynowego Mistrza Świata. O zmianę takiego stanu rzeczy postarali się Simon Whitlock i Damon Heta, którzy ograli wyżej notowanych Anglików i Walijczyków i zdobyli tytuł najlepszej darterskiej reprezentacji świata. Simon Whitlock, po 10 latach oczekiwania otrzymał drugą szansę występu w finale World Cupa i tym razem dużo lepiej wykorzystał swoją szansę! Wraz z Damonem Hetą, Whitlock stworzył wprost perfekcyjną parę. Polacy zmagania w turnieju zakończyli nieco wcześniej, bo na etapie drugiej rundy. Krzysztof Ratajski i Sebastian Białecki nie byli w stanie ograć Belgów i po dwóch przegranych w meczach singlowych, stracili szansę na awans do historycznego ćwierćfinału. Nerwy do ostatniej lotki Zanim przejdziemy do finałowych rozstrzygnięć, poświęcimy chwilę polskiej drużynie, wobec której mieliśmy w tym roku spore oczekiwania. Połączenie doświadczenia Krzysztofa Ratajskiego z młodością i ogromnym talentem Sebastiana Białeckiego, miało dać mieszankę wybuchową. Po cichu liczyliśmy na historyczny awans do ćwierćfinału, ale biało-czerwonym udało się przejść jedynie przez pierwszą rundę. Na początek rywalizacji we Frankfurcie Polacy otrzymali za zadanie ogranie drużyny USA. Amerykanie w tym roku stawili się w, prawdopodobnie, najsilniejszym składzie w historii. Po raz pierwszy USA mogło pochwalić się dwoma zawodnikami z kartą! Danny Baggish i Jules van Dongen mieli nawiązać do największych sukcesów, jakie odnosiła w przeszłości para Darin Young i Larry Butler. Mimo wszystko, Polaków należało uznać za faworytów i mieliśmy nadzieję na powtórkę z dwóch poprzednich edycji turnieju, w których Polacy w meczach pierwszej rundzie stracili łącznie dwa legi. Tym razem nie było tak przyjemnie… Od pierwszych lotek spotkania dało się u obu drużyn wyczuć ogromną nerwowość. Już leg otwarcia przyniósł nam wojnę na podwójnych i mnóstwo pudeł ze strony obu ekip. Lepiej z presją poradzili sobie Polacy, którzy trafieniem w podwójną 10 zapewnili sobie przełamanie. Amerykanie ekspresowo odrobili jednak straty i w dalszej części, spotkanie miało niezwykle wyrównany przebieg. Rolę liderów drużyn przejęli Krzysztof Ratajski i Danny Baggish. Białecki i van Dongen mieli znacznie więcej problemów z ustabilizowaniem swojej gry – szczególnie na podwójnych, które regularnie pudłowali. Szczególnie źle wypadła ta statystyka u posiadającego holenderskie korzenie Amerykanina. Jules zakończył mecz z zawstydzającą skutecznością wynoszącą 7%. Po dwóch przełamaniach w początkowej fazie spotkania, kolejne legi padały łupem drużyn, które rzucały jako pierwsze. Tym sposobem dotarliśmy aż do decidera, który miał zdecydować o losie awansu do drugiej rundy. Końcówka 9. lega mogła przyprawić polskich kibiców o szybsze tętno. Wszystko zaczęło się od fenomenalnych rzutów Sebastiana Białeckiego, który mając do końca 220 punktów dorzucił drugiego polskiego maksa w meczu i wystawił Ratajskiemu podwójną 20 na kolejną kolejkę. Wcześniej do tarczy podszedł jednak Danny Baggish, który na liczniku swojej drużyny miał 160 punktów. Po dwóch perfekcyjnych trafieniach w potrójną 20, Amerykanin na całe szczęście minimalnie spudłował topa. Chwilę później Ratajski zamienił pierwsza lotkę meczową na awans naszych zawodników do drugiej rundy.

Sebastian Białecki swoim kapitalnym maksem otworzył Polakom drogę do wygrania decidera w meczu z USA. Wszystko perfekcyjnie wykończył Krzysztof Ratajski, który trafił w podwójną 20.

Mecz bez historii W drugiej rundzie nasza drużyna podejmowała Belgię. Faworytami była oczywiście rozstawiona z numerem czwartym ekipa z Beneluksu, ale polscy kibice liczyli po cichu na sprawienie niespodzianki. Ostatecznie Polacy podzielili los wszystkich pozostałych drużyn nierozstawionych i pożegnali się z rywalizacją na etapie drugiej rundy. Rozczarowujący był przebieg spotkania – Polacy nawet na chwilę nie zagrozili realnie rywalom i przegrali oba mecze singlowe. Jako pierwszy przy tarczy pojawił się Krzysztof Ratajski, który podejmował świeżo upieczonego triumfatora turnieju Nordic Darts Masters i belgijski numer jeden – Dimitriego van den Bergha. Dream Maker daleki był od swoich efektownych występów z Kopenhagi i bardziej przypominał o swoim kryzysie formy, z którym Dimi zmaga się od kilku miesięcy. Lider naszej kadry nie był jednak w stanie z tego skorzystać. Ratajski również przypominał o swojej słabszej odsłonie, którą widzieliśmy już wielokrotnie w 2022 roku. Mała moc na dystansie, problemy z utrzymaniem lotek w sektorze dwudziestki i ogólna niemoc Krzysztofa sprawiały, że van den Bergh pomimo przeciętnej gry dość łatwo wyrobił sobie przewagę. Belga na pewno należy pochwalić za skuteczność w kluczowych momentach meczu – w najważniejszych fragmentach legów van den Bergh potrafił skorzystać ze swoich umiejętności i pewnie ograł Ratajskiego 4-1. Trochę inaczej wyglądał mecz Sebastiana Białeckiego i Kima Huybrechtsa. Seba zagrał bardzo dobre spotkanie na średniej ponad 90. W tym przypadku problemem była jednak zabójcza skuteczność na podwójnych Belga, który gdy tylko otrzymywał szansę na zewnętrznej obręczy tarczy, to ją wykorzystywał. Tego samego nie mogliśmy powiedzieć o Białeckim, który zmarnował kilka okazji w pierwszym legu i szybko pozwolił Kimowi na przełamanie. W dalszej części spotkania Łodzianin, chociaż punktacyjnie od rywala nie odstawał, nie był w stanie doprowadzić do wyrównania i przegrał mecz 2-4.

Krzysztof Ratajski nie był w stanie wygrać pojedynku z Dimitrim van den Berghiem. Polak zaliczył dość przeciętne spotkanie i przypomniał o swoich problemach z formą w ostatnich tygodniach.

Po raz trzeci z rzędu Polacy nie są w stanie przeciwstawić się drużynie rozstawionej i ponownie nie udaje nam się wygrać nawet jednej rywalizacji singlowej. Jedynym Polakiem, który wygrał singla na World Cup of Darts pozostaje Krzysztof Chmielewski, który w 2014 roku uporał się z Markiem Websterem. We Frankfurcie zabrakło nam silnego lidera, którym powinien być Krzysztof Ratajski. Rataj niestety wciąż daleki jest jednak od swojej topowej dyspozycji sprzed kilku sezonów i w tym roku nie był w stanie poprowadzić naszej drużyny do najlepszej ósemki. Trofeum leci na Antypody Najlepsze drużyny, decydujące o losach trofeum, mecze rozegrały niedziele. W dolnej części drabinki z najlepszej strony pokazywały się Walia i Holandia. Duet Jonny Clayton i Gerwyn Price ze szczególnie dobrej strony pokazał się w starciu z Niemcami. Price w meczu z Schindlerem zagrał prawdziwy koncert! Iceman zakończył mecz na obłędnej średniej 117,89, która jest drugim najwyższym wynikiem w historii turnieju! Schindler był całkowicie bezradny i pomimo dobrej gry nie dostał nawet jednej szansy na podwójnej. W pozostałych meczach Walijczycy nie prezentowali jednak tak efektownej formy – szczególnie martwiła postawa Claytona, który kontynuował słabsza dyspozycję z turnieju finałowego Premier League. Wystarczyło to jednak od ogrania w półfinale Holendrów, którzy aż do tego spotkania zbierali bardzo pozytywne noty. Oranje pozbawieni Michaela van Gerwena nie stracili na jakości i Danny Noppert w parze z Dirkiem van Duijvenbode bez problemów przedarli się przez trudną drogę i ograli Brazylię, Irlandię i Irlandię Północną. W półfinałowym starciu z triumfatorami World Cupa sprzed dwóch lat, Holendrom zabrakło odrobiny doświadczenia i ogrania w najważniejszych turniejach. Walijczycy skorzystali z dużo słabszej postawy rywali i sprawnie ograli ich w meczach singlowych.

Gerwyn Price zanotował tylko jeden prawdziwie udany moment na World Cup of Darts. W meczu z Martinem Schindlerem Iceman był po postu nie do zatrzymania.

W górnej części drabinki niespodziankę sprawiła Australia. Simon Whitlock i Damon Heta stworzyli świetną drużynę, która dość niespodziewanie dotarła aż do finału. Najpierw Kangury uporały się w ćwierćfinale z Belgami. Swój mecz singlowy przegrał Damon Heta, ale sytuację w świetnym stylu uratował Simon Whitlock, który grą na średniej ponad 100 ograł Kima Huybrechtsa. W grze deblowej Australijczycy dali prawdziwy popis! Po raz kolejny zagrali na średniej ponad 100 i nie dopuścili rywali do nawet jednej podwójnej. W kolejnym meczu Australijczycy uporali się z faworyzowaną Anglią! W pierwszym meczu wydawało się, że Damon Heta nie poradzi sobie z rozpędzonym Michaelem Smithem. Bully Boy we Frankfurcie potwierdzał swoja kapitalną formę z ostatnich tygodni i pewnie zmierzał do ogrania Damona. Smith prowadził już 3-1, ale wtedy wydarzyła się prawdziwa katastrofa. W piątym legu, w którym Anglik mógł zakończyć rywalizację, Michael w fatalnym stylu sfurował 72 i otworzył Heatowi drogę do wygrania tej partii. Po raz kolejny w karierze Smitha jedna niekorzystna sytuacja całkowicie wywróciła jego grę do góry nogami. Bully Boy przegrał trzy kolejne legi z rzędu i wypuścił z rąk zwycięstwo, które na pewnym etapie wydawało się pewne. Dzieła zniszczenia dopełnił Simon Whitlock, który rozbił w proch i w pył niemrawo grającego Jamesa Wade’a i zapewnił Australii miejsce w finale.

Michael Smith znów w kluczowym momencie przegrał z samym sobą. W meczu z Damonem Hetą wszystko było pod jego kontrolą. Do czasu...

W wielkim finale Australia po raz kolejny udowodniła, że była jedną z najlepszych i najrówniejszych drużyn w stawce. Na szczególne pochwały zasłużył Simon Whitlock, który znajduje się przecież w dość przeciętnej formie. W dotychczasowych rozgrywkach Wizzard nie miał zbyt wielu powodów do radości – jego największymi sukcesami był ćwierćfinał Mastersa i najlepsza ósemka turnieju European Touru w Zwolle. We Frankfurcie po raz kolejny udowodnił, że dobro australijskiej drużyny zawsze leży mu na sercu i wspiął się na swoje absolutne wyżyny. Walijczycy, pomimo awansu do finału, nie spisywali się w Niemczech wybitnie. Gerwyn Price wciąż ma problem z nawiązaniem do swojej najlepszej formy z czasu, gdy zostawał Mistrzem Świata i ten turniej tylko to potwierdził. W przypadku Jonny’ego Claytona za wcześnie na radykalne wnioski, ale trzeba uczciwie przyznać, że Clayton z Berlina i Frankfurtu w niczym nie przypomina Claytona, który jeszcze nie tak dawno podbijał kolejne turnieje Premier League. Słabości Walijczyków widoczne były w finałowej rozgrywce, w której to Australia nadawała tonu. Wszystko zaczęło się od słabiutkiego meczu Price’a, który przeciwko Damonowi Hecie zagrał na średniej 80! Australijczyk szybko pozbawił złudzeń Gerwyna i pozwalał mu jedynie na pojedyncze próby zamknięć z wartości trzycyfrowych. Price swoich nielicznych szans nie był w stanie wykorzystać i przegrał z kretesem do 0. Wyraźnie słabszy był również Clayton w rywalizacji z Whitlockiem. Simon przewagę zyskał w 5 legu, po tym jak kapitalnie wyzerował swój licznik ze 120 punktów. Walijczycy przedłużyli finałowe emocje o jeden mecz więcej, po tym jak wygrali rywalizację deblową. Chwilę później trofeum Australii zagwarantował Heta, który wypunktował słabości Claytona i wygrał 4-2. Whitlock w końcu zwycięski Dla Simona Whitlocka przez wiele lat jedynym wygranym trofeum telewizyjnym były Mistrzostwa Europy. W pozostałych wielkich turniejach często był bliski triumfu, ale przegrywał minimalnie w finale. Podobnie było z World Cup of Darts – równo 10 lat temu w 2012 roku Whitlock w parze z Paulem Nicholsonem byli niezwykle bliscy pokonania legendarnego duetu Adrian Lewis i Phil Taylor. Wtedy o przegranej Australijczyków zadecydował dodatkowy leg. W tym roku Whitlock wziął sprawy w swoje ręce i poprowadził swoją drużynę do triumfu. Swoją cegiełkę dołożył również Damon Heta, który w finałowym dniu wszedł na swój optymalny poziom i był niezwykle trudny do ogrania. Australijczycy uczcili w ten sposób pamięć zmarłego w ubiegłym roku Kyle’a Andrersona i dedykowali mu ten sukces. Autor - Arkadiusz Salomon Witrynę wspiera sklep DartTown.pl - specjalistyczny sklep darterski działający i wspierający darta od 2010 roku.