• DartsPL

Joe Cullen uciszył Ahoy Arenę!

Premier League nie przestaje nas zaskakiwać. W 7. tegorocznym turnieju, poznaliśmy 6. zwycięzcę – tym razem po raz pierwszy w tym sezonie, z wygranej mógł się cieszyć Joe Cullen. W finale gorszy, ku rozpaczy rotterdamskiej publiczności, okazał się Michael van Gerwen.



Premier League coraz wyraźniej zbliża się do półmetka fazy zasadniczej. W czwartek, po blisko 3-letniej przerwie Premier League powróciła do Holandii. Najlepsi darterzy świata ostatni raz Wyspy Brytyjskie opuścili 28 marca 2019 roku! Powrót wielkiego darta do Ahoy Areny miał uświetnić triumf Michaela van Gerwena. Wydawało się, że Holender ma wszystkie atuty niezbędne do sięgnięcia po końcowy triumf, ale MvG potknął się na ostatnim płotku. W finale Mighty Mike musiał uznać wyższość Joe Cullena, dla którego był to pierwszy turniejowy triumf w Premier League.


Joe Cullen wraca do gry


Przed tygodniem wytykałem Cullenowi słabszą formę i sugerowałem, że Anglik znacząco wyhamował po fantastycznym początku sezonu. Rockstar na wszystko zareagował bardzo szybko i udowodnił mi, że wciąż stać go na wygrywanie z najlepszymi. Cullen odniósł, kolejny w tym sezonie sukces, ale jego forma nie był w czwartek wybitna. Poziom turnieju w Rotterdamie był chyba najsłabszy spośród wszystkich dotychczas rozegranych turniejów. Wystarczy powiedzieć, że średnia całego wieczoru triumfatora wyniosła zaledwie 90,54! Cullen podczas rotterdamskiego turnieju miał swoje lepsze i gorsze momenty. Jego atutem przez większość turnieju były podwójne, które pomijając nieudany mecz z Wrightem, rzucał na poziomie powyżej 50%. Na dystansie często zdarzały mu się jednak spore wpadki. Słabo funkcjonowała 19, która była jednym z kluczy do sukcesu w Mastersie. Cullen uwielbia bombardować pole potrójnej 20, ale na początku tego sezonu, ze świetną skutecznością schodził na dół tarczy w poszukiwaniach potrójnej 19. Wczoraj te próby nie kończyły się najlepiej – większość lotek Anglika omijała pole warte 57 punktów, a część z nich uciekała nawet na sąsiadujący segment warty 3 oczka.


Najsłabiej wypadł w jego wykonaniu mecz z Peterem Wrightem. Ten mecz, generalnie, może kandydować do jednego z najsłabszych spotkań tegorocznej Premier League. Obu zawodnikom niewiele wychodziło przy tarczy i mecz toczył się w ślimaczym tempie. Wright raz za razem zmieniał lotki, ale nie wpływało to znacząco na poziom jego gry. Mnóstwo lotek Szkota było rozrzucanych po tarczy – Snakebite często miał nawet problemy z trafieniem singlowej 20. Cullen nie był w stanie w 100% wykorzystać słabszej postawy rywala i stale pozwalał mu na utrzymywanie się w grze. Ostatecznie Rockstar był w stanie przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść, ale samo spotkanie było do zapomnienia. Podobnie zresztą jak rywalizacja obu panów sprzed tygodnia! W finale niewiele wskazywało na triumf Cullena. Przez całe spotkanie wydawało się, że jego obecność w meczu wisi na włosku. Holender grał po prostu lepiej i wydawało się, że kwestią czasu jest przełamanie i odjechanie z wynikiem MvG. Tak się jednak nie działo – głównie dzięki genialnej dyspozycji Cullena na zejściach. Rockstar był pod tym względem kapitalny, a do tego nie bał się obierać niekonwencjonalnych ścieżek. Najpierw 118 wykończone potrójną 16 i rzutem do bulla, a chwilę później D19, które perfekcyjnie ustawiło topa. Cullen nie pudłował i nie dawał się zdekoncentrować holenderskiej publiczności, która robiła wszystko co w jej mocy, aby rozproszyć rywali Mighty Mike’a. Wcześniej tego dnia dała się we znaki Michaelowi Smithowi, który wykonał w jej kierunku parę zirytowanych gestów. Joe na podwójnych szedł jak po swoje i doprowadził do decidera. W najważniejszym momencie spotkania Rockstar pokazał wszystkim swoją prawdziwą moc – Anglik po dwóch maksach z rzędu, miał nawet podejście do 9 lotki! Nine dartera ustrzelić się nie udało, ale świetny start zapewnił mu nad rywalem bezpieczną zaliczkę. Cullen uciszył kibiców na dobre trafieniem w podwójną 4, która zamknęła mecz finałowy.

Joe Cullen w Rotterdamie może nie był kosmiczny, ale jego gra wystarczyła do odniesienia końcowego zwycięstwa. Rockstar tym zwycięstwem wrócił do walki o czołowe pozycje.



Zwycięzców się nie sądzi – Joe zrobił, to co do niego należało i w pełni wykorzystał kiepską formę większości rywali. Co najważniejsze, triumf w czwartkowym turnieju wywindował go na 4 miejsce w tabeli Premier League i przywrócił do walki o play-offy.


Świetny półfinał


Zdecydowanie największa presja ciążyła wczoraj na Michaelu van Gerwenie. To on miał wynagrodzić swoim kibicom doping i zapewnić im chwilę szczęścia wygrywają cały turniej. Powiedzmy sobie to szczerze, znamienita większość kibiców pojawiła się w Ahoy Arenie, właśnie z myślą o MvG. Jak wiemy Holender nie wytrzymał ciśnienia do samego końca i nie był w stanie uszczęśliwić swoich kibiców. Gra Mighty Mike’a wpisywała się w krajobraz całego turnieju – była bardzo nierówna. Zaczęło się od słabiutkiego meczu z Michaelem Smithem, w którym MvG po raz pierwszy w tym sezonie Premier League spadł ze swoją średnią poniżej poziomu 90. Holender może mówić o sporym szczęściu – gdyby nie zmarnowane lotki meczowe Smitha w deciderze, to Michael straciłby szanse na tytuł już po pierwszym meczu.

Michael van Gerwen bardzo chciał wygrać na własnej ziemi. Taka okazja nie zdarza się Holendrowi często. W finale zabrakło mu jednak odrobiny stanowczości i wykorzystania słabszej gry rywala.



Półfinałowym rywalem van Gerwena został Jonny Clayton. Ferret po szalonym meczu ograł Gerwyna Price’a 6-5. Derby Walii nie rozczarowały i dostarczyły ogromnej dawki emocji. Prowadzenie zmieniało się jak w kalejdoskopie, ale ostatecznie górą był Clayton. Walijczyk wciąż ma problemy z równą grą na dystansie i wczoraj zdarzały mu się wpadki – jak chociażby 7 punktów zdobytych z Pricem (!), ale pod względem schodzenia z wartości powyżej 100 punktów, nie ma sobie obecnie równych. Gdyby zorganizować Mistrzostwa Świata w checkoutach od 101 do 170, to jestem przekonany, że Clayton zgarnąłby główną nagrodę. Starcie Claytona z MvG śmiało możemy określić najlepszym meczem wieczoru. Panowie dostarczyli nam zdecydowanie najwięcej jakości spośród wszystkich czwartkowych gier. Holenderscy kibice również mieli na nim najwięcej powodów do radości – w starciu z Claytonem, van Gerwen był najbliżej swojej wysokiej formy, którą czarował w poprzednich, udanych dla siebie, tygodniach, z Premier League. Mighty Mike przypominał automat, który jest zaprogramowany na rzucanie odpowiednich sektorów na tarczy. Gdy MvG przypomina maszynę, jest najgroźniejszy.

Jonny Clayton był w Rotterdamie znacznie lepszy niż tydzień temu. Walijczyk znów pokazywał oznaki swojej starej, dobrej formy. Szczególnie na zejściach, w których Clayton jest po prostu kosmiczny.



Niepotrzebne nerwy Andersona


Nie wspomnieliśmy jeszcze o sensacji z ubiegłego tygodnia – Garym Andersonie. Tym razem nie zobaczyliśmy Szkota w tak wyśmienitej formie. Pomimo tego, wydawało się, że Flying Scotsman poradzi sobie z Joe Cullenem w ćwierćfinale. Przez większość spotkania udawało mu się utrzymywać swój licznik, a w 8. legu, udało się po raz pierwszy Anglika przełamać. Chociaż średnie wskazywały zdecydowanie na Cullena (różnica między oboma zawodnikami na średnich sięgała nawet 10 punktów), Anderson uparcie ratował się z trudnych sytuacji i utrzymywał przewagę w legach, w których rzucał jako pierwszy. Przy stanie 5-3 wydawało się, że to już koniec tej historii. Cullen nie poddawał się jednak i nie stracił nadziei na zwycięstwo. Wydatnie pomógł mu w tym sam Anderson, który w ostatnim legu pokpił sobie sprawę w końcówce. Szkot zmarnował 4. lotki meczowe i musiał pogodzić się z przedwczesną eliminacją. Niestety Flying Scotsman nie zrobił tego z klasą. Po zakończonym meczu Anderson miał do rywala sporo pretensji i nazwał go oszustem. Cullen był zdziwiony i nie wiedział o co chodzi Szkotowi. Gary miał do Cullena pretensję o sytuacją z decidera, w której zdaniem Andersona, Joe stał za blisko podczas jego rzutów. Oglądając mecz z perspektywy kamer telewizyjnych nie sposób jasno stwierdzić, że Anderson w tej sytuacji przesadził. Przyglądając się całej sytuacji z boku, wydaje się jednak, że Cullen nie zrobił niczego złego i jego ustawienie względem rywala nie wpłynęło w większym stopniu na brak precyzji w rzucie Szkota. Flying Scotsman nie najlepiej zniósł końcówkę spotkania i na sam koniec wyładował wszystkie negatywne emocje, w w ten sposób. Nie pochwalamy, ale jednocześnie mamy nadzieję, że obaj panowie dogadali się w szatni i wyjaśnili ze sobą wszystkie niesnaski.


Połowa rywalizacji


Za tydzień czeka nas ósmy tydzień rywalizacji – po nim będziemy równo na półmetku fazy zasadniczej Premier League. Darterzy przeniosą się do Birmingham i powalczą o kolejne bezcenne punkty do klasyfikacji generalnej. Mamy nadzieję, że poziom podniesie się i znów będziemy mogli ekscytować się kapitalnymi widowiskami, z udziałem najlepszych zawodników świata. Turniej w Rotterdamie w większości był rozczarowujący. Wiele meczów nadrabiała braki w poziomie dużym nakładem emocji. Bądźmy jednak poważni. To Premier League! Oczekujemy od darterów biorących w niej udział znacznie więcej! Tabela Premier League po 7. turniejach

Miejsce

Zawodnik

Punkty

Bilans legów

1

Michael van Gerwen

17

+27

2

Peter Wright

14

+3

3

Jonny Clayton

12

-6

4

Joe Cullen

10

-3

5

Gerwyn Price

9

0

6

Michael Smith

8

-1

7

Gary Anderson

7

-6

8

James Wade

7

-8


Autor - Arkadiusz Salomon Witrynę wspiera sklep DartTown.pl - specjalistyczny sklep darterski działający i wspierający darta od 2010 roku.