• DartsPL

Nigdy nie mów nigdy – najlepsze comebacki #2

Po raz drugi przyglądniemy się sytuacjom, w którym darterzy dokonywali wydawałoby się niemożliwego i odwracali losy meczu z sytuacji beznadziejnych. Niedawno zakończony Matchplay dobitnie pokazał, że żadna przewaga nie jest w darcie bezpieczna…

Niedawno zakończony Matchplay powinien na dłuższy czas zagościć w pamięci darterskich kibiców. Był to po prostu kapitalny turniej, a głównym czynnikiem gwarantującym rozrywkę była zaciętość spotkań i wyrównana stawka. W praktycznie każdym meczu mogliśmy spodziewać się niespodzianek i nieoczywistych wyników. Co więcej, wraz z trwaniem turnieju, mogliśmy dobitnie przekonać się, że trudno na tym poziomie o bezpieczną przewagę. Michael van Gerwen zarówno półfinał z van den Berghiem, jak i finał z Gerwynem Pricem zaczynał od wyniku 1-4, a następnie przez praktycznie całe spotkanie oglądał plecy rywali, tylko po to, aby w decydującym momencie wyjść na prowadzenie. Szalone pogonie Nathana Aspinalla z MvG, Jose de Sousy z Pricem, czy Ratajskiego z Wrightem sprawiały, że w każdym momencie można było odczuwać niemałą ekscytację. Największej sztuki dokonał jednak Rob Cross. Już w meczu pierwszej rundy Anglik pokusił się o wspaniały comeback. W starciu z Chrisem Dobeyem, Voltage’owi niewiele wychodziło. Cross mylił się na podwójnych, przeciętnie punktował, a często miał też problemy z utrzymaniem swoich lotek w odpowiednich sektorach. Dobey wyczuł swoją szansę i od pierwszych legów mocno punktował i rzucał kolejne maksy. Hollywood korzystał z błędów rywala i dość sprawnie zamykał kolejne partie i na drugą przerwę schodził z wynikiem 8-2! Do wygranej i pierwszego w karierze awansu do drugiej rundy Matchplaya brakowało mu zaledwie dwóch legów. Wydawało się, że nic złego nie może mu się już przydarzyć. No właśnie… wydawało się. Po przerwie wszystko odmieniło się jak za dotknięciem magicznej różdżki. Dobey pozwolił sobie na odrobinę niefrasobliwości i oddał rywalowi dwa kolejne legi. W następnej partii Chrisa coraz wyraźniej zaczynały zjadać nerwy. Seria pomyłek na podwójnej 5 sprawiła, że Rob zbliżył się do rywala na odległość zaledwie 3 partii. W grze Voltage’a nie nastąpiła jakaś drastyczna zmiana – winowajcą był sam Dobey, który z lega na leg grał coraz gorzej. Maksy przestały mu sprzyjać (do drugiej przerwy rzucił ich aż 6, a w dalszej części meczu dorzucił zaledwie jednego!), a jego mowa ciałą zdradzała coraz większe nerwy i niepewność. Cross wygrał 6 kolejnych legów z rzędu i doprowadził do nieoczekiwanego remisu. Dobeya stać było na jeszcze jedną dobrą partię, zakończoną w 11 lotkach, ale to Cross był w końcówce skuteczniejszy i zdołał wygrać 11-9. Ten mecz każe nam jeszcze raz zagłębić się w historię najlepszych comebacków i przypomnieć sobie najlepsze powroty. Pierwszą część, w której wspominaliśmy takie dokonania możecie znaleźć tutaj! Mensur Suljović vs Alan Soutar – Mistrzostwa Świata 2022 Naszą wędrówkę musimy rozpocząć od ostatnich Mistrzostw Świata i okrytego legendą spotkania Alana Soutara z Mensurem Suljoviciem. Od początku meczu wszystko szło zgodnie z myślą Austriaka, który grał niezłe spotkanie. Tego samego nie można było powiedzieć o Szkocie, który już rundę wcześniej przeszedł przez ciężki bój z Diogo Portelą. Soutar regularnie mylił się na podwójnych (w pierwszych dwóch setach zanotował aż 8 pomyłek na doublach) i stwarzał Mensurowi szanse na wygrywanie kolejnych legów. Sam Suljović nie szalał specjalnie na dystansie, ale był bardzo skuteczny w końcówkach legów – efektowne zejście ze 113 i imponująca skuteczność na podwójnych zapewniły mu prowadzenie 2-0 w setach. Do awansu do trzeciej rundy brakowało mu zaledwie jednej wygranej partii. Suljović powinien był zakończyć mecz już w kolejnym secie, w którym po świetnym finiszu ze 141 objął prowadzenie 2-0 w legach. Soutar znalazł się w najgorszym możliwym położeniu – przegrywał 0-2, 0-2, ale udowodnił, że nawet z tak beznadziejnej sytuacji można wyjść obronną ręką. Większość z Was doskonale wie, jak zakończyła się ta historia. Soots rozpoczął mozolne odrabianie wyniku i pełnymi garściami korzystał z nerwów i pomyłek rywala. Najpierw odwrócił losy trzeciego seta, a następnie wygrał kolejną partię i doprowadził do decidera, w którym znów znalazł się w tarapatach i przegrywał już 0-2. Szkot po raz kolejny odmówił kapitulacji i doprowadził do ekscytującej gry na przewagi. Suljović marnował kolejne lotki meczowe – najbardziej bolesny był dla niego leg przy stanie 4-3, gdy zaprzepaścił 4 szanse na zakończenie spotkania na podwójnej 8. Chwilę później Soutar wyszedł na prowadzenie 5-4, a w kolejnej partii popisał się kapitalnym zejściem ze 144, które zapewniło mu triumf w szalonym meczu. Szkot w pomeczowych wypowiedziach szczerze przyznawał, że sam uznawał się już w tym starciu za „martwego i pogrzebanego”. Alan przy pomocy woli walki i niemocy swojego rywala był jednak w stanie odrodzić się jak feniks z popiołów i dokonać jednego z największych comebacków w historii Mistrzostw Świata!

Alan Soutar nie stracił nadziei nawet w najgorszej sytuacji. Ze stanu 0-2, 0-2 był w stanie ograć Mensura Suljovicia!

Rob Cross vs Daryl Gurney – World Matchplay 2019 Czas na kolejny Matchplayowy klasyk z udziałem Roba Crossa. Trzeba przyznać, że Anglik posiada patent na odrabianie gigantycznych strat w Blackpool. Cofamy się do 2019 roku i najlepszego okresu w karierze Voltage’a. Minął już ponad rok od sensacyjnego triumfu Anglika w Mistrzostwach Świata, który od tego czasu niezmiennie utrzymywał miejsce w czołówce światowego rankingu. Do turnieju w Winter Gardens w 2019 roku podchodził jako turniejowa dwójka i wszystko szło zgodnie z jego planem. Wygrane nad Dobeyem, Ratajskim i Buntingiem dały mu awans do półfinału, w którym zmierzył się z Darylem Gurneyem. Irlandczyk z Północy również przeżywał wtedy swój najlepszy okres gry i zajmował 3 lokatę w Order of Merit. Ich mecz już prawdopodobnie na zawsze zapisze się w historii nie tylko Matchplaya, ale całego PDC. Początek meczu był wyrównany, ale tylko do wyniku 4-4 – w tamtym momencie kontrolę nad spotkaniem całkowicie przejął Daryl Gurney. Super Chin, jak szalony, wygrywał kolejne legi. Irlandczyk z Północy świetnie punktował, a w wielu przypadkach pełnymi garściami korzystał z pomyłek na podwójnych rywala. Gurney był bezwzględny i w ekspresowym tempie zwiększał swoją przewagę. Na 10 kolejnych legów, aż 8 padło łupem Daryla, który objął prowadzenie 12-6. W kolejnych partiach Cross zdołał zatamować krwawienie, ale nie był w stanie zbliżyć się do rywala. Gurney wyszedł na prowadzenie 14-7, a chwilę później 15-9 i do końcowego sukcesu brakowało mu zaledwie dwóch wygranych partii. Większość kibiców prawdopodobnie już dawno skreśliła szanse Crossa na awans do finału i odliczała jedynie minuty do zakończenia spotkania. Wtedy nastąpił jednak zwrot akcji! Cross zaczął wygrywać kolejne legi, stawał się coraz groźniejszy na dystansie, a do tego perfekcyjnie kończył legi. Finisze ze 100, 88 i 66 coraz bardziej załamywały pewność siebie Gurneya, któremu mecz coraz wyraźniej uciekał sprzed nosa. Rob wygrał 7 kolejnych legów i nieoczekiwanie wyszedł na prowadzenie 16-15! Było to pierwsze prowadzenie Anglika od stanu 3-1 – po blisko 30 legach Voltage ponownie wyprzedził rywala i był zaledwie jednego lega od końcowego triumfu. Gurney miał jeszcze swoją szansę na powrót do spotkania i doprowadzenie do gry na przewagi. Najpierw przypomniał sobie o swojej świetnej dyspozycji na potrójnej 20 i rzucił swojego 17. maksa, a następnie ustawił sobie do kończenia podwójną 12. Cross tym razem nie był już klinicznie precyzyjny i nie skończył 95, po dwóch pudłach na podwójnej 19. Daryl nie wykorzystał jednak okazji i spudłował trzy rzuty w podwójną 12. Cross powrócił do tarczy i po przytomnej rozmianie przez 6 zakończył szalony mecz trafieniem w podwójną 16. Gurney zaprzepaścił swoją wielką szansę na awans do finału Matchplaya, a Cross po cudownym comebacku potwierdził swoją dobrą formę w finałowym meczu z Michaelem Smithem. Wygrana 18-13 zagwarantowała Anglikowi kolejne trofeum w karierze. Gurney już nigdy nie zbliżył się, na tyle blisko, do wygrania turnieju w Blackpool.

Dla Gurneya starcie z Crossem to prawdopodobnie najboleśniejsza przegrana w karierze...


Scott Waites vs James Wade – Grand Slam of Darts 2010 Na koniec, najodleglejsza wyprawa w przeszłość! Cofamy się do 2010 roku i finału Grand Slam of Darts, w którym niespodziewanie zameldował się Scott Waites. Przypomnijmy, że były to czasy, w których w Grand Slamie występowali jeszcze reprezentanci BDO. Była to jedna z nielicznych okazji, w których gwiazdy PDC mogły stanąć w szranki z najlepszymi zawodnikami konkurencyjnej federacji. W większości przypadków PDC była górą, ale Scott Waites robił wszystko, aby zagrać na nosie rywalom. W 2009 roku został pierwszy zawodnikiem z BDO w historii, który doszedł do finału Grand Slama, a rok później chciał pójść o krok dalej. Anglik najpierw okazał się najlepszy w swojej grupie, zostawiając w tyle Co Stompe, Martina Phillipsa i Adriana Lewisa, a następnie kontynuował swoją dobrą grę w fazie pucharowej. Wygrane nad Raymondem van Barneveldem, Co Stompem i Stevem Beatonem zaprowadziły go do drugiego z rzędu finału turnieju telewizyjnego. W decydującym meczu czekał już na niego James Wade. Po raz kolejny Waites nie był faworytem meczu i skazywany był na pożarcie bardziej doświadczonego rywala. Początek meczu faktycznie wskazywał na to, że Scotty 2 Hotty drugi rok z rzędu zakończy swoją turniejową przygodę na finale. Wade przy tarczy rządził i dzielił i na niewiele pozwalał swojemu rywalowi. Dopiero w dziewiątym legu Waites był w stanie wygrać swoją pierwszą partię! Wtedy towarzyszyły mu jedynie autoironiczne uśmieszki, zdające się mówić – „rychło w czas!”. Scott nie zamierzał jednak na tym poprzestawać i z każdym legiem zaczynał grać coraz lepiej. W końcu zaczęła u niego funkcjonować potrójna 20 i Waites zaczął zagrażać rywalowi 140-tkami i maksami. James zaczął też popełniać więcej, niepodobnych do siebie, pomyłek na podwójnych, które dodatkowo napędzały rywala. Na kolejną przerwę zawodnicy schodzili już przy wyniku 9-6! W dalszej części meczu Waites trzymał się blisko swojego rywala, ale Wade był w stanie utrzymywać przynajmniej małą przewagę. W końcu Scott dopiął jednak swego i dogonił rywala przy wyniku 11-11. Anglik nie zamierzał na tym poprzestawać, przekroczył średnią 100 i po chwili wyszedł na pierwsze w meczu prowadzenie! Znów przyczynił się do tego Wade, który zmarnował trzy lotki na podwójnej 20 i 10! Od tego momentu nie było już dla Jamesa powrotu – Machine zdołał wygrać zaledwie jednego lega i przegrał cały finał 12-16. Od stanu 8-0 wygrał zaledwie 4 legi z 20 rozegranych! Waites nie tylko udowodnił, że słaby start nie przekreśla szans na wygranie meczu, ale został pierwszym i prawdopodobnie ostatnim zawodnikiem z BDO, który wygrał Grand Slam of Darts!

Scott Waites nie załamał się słaby startem finałowego meczu z Wadem i na drodze po swój największy sukces odrobił osiem legów straty!

Autor - Arkadiusz Salomon Witrynę wspiera sklep DartTown.pl - specjalistyczny sklep darterski działający i wspierający darta od 2010 roku.